sobota, 17 lipca 2010

Maradona by Kustirica, rez. Emir Kusturica – dokument o czlowieku.


Maradona wedlug Kusturicy

Pierwszy mundial jaki zapadl mi w pamieci to przezywane z wypiekami na twarzy mistrzostwa goracego lata ’86 roku w Meksyku. Argentyna zachwycila wygrywajac w wielkim stylu po historycznym finale z Niemcami (wtedy jeszcze Zachodnimi). Piszac Argentyna mam jednak na mysli ikone futbolu, pilkarza doskonalego, boga boiska - oczywiscie Diego Maradone. W kazdej dyscyplinie czlowiek ma jakichs idoli, postaci uosabiajace dana dyscypline (wybory moga sie naturalnie roznic, zalezec od miejsca urodzenia, wieku itp). Koszykowka to dla mnie Michael Jordan, boks Mike Tyson (jestem zbyt mlody, by pamietac Alego), F1 Prost i Senna, lekka atletyka Carl Lewis, zapasy Andrzej Wronski ;) mozna by dalej w nieskonczonosc. Jezeli chodzi o kopana, dla mnie osobiscie niekwestionowany krol boiska jest jeden i nazywa sie wlasnie Maradona.

Wstyd sie przyznac, bo widze teraz w sieci, ze film, o ktorym chce napisac pare slow to rzecz raczej znana, ale zasiadajac przed telwizorem, bez wiedzy kto jest autorem, spodziewalem sie kolejnej godzinnej papki z kilkoma wielkimi golami, triumfem w ’86, lzami 4 lata pozniej, ogolnie tymi wszystkimi wielkimi boiskowymi momentami z reka boga i bramka stulecia na czele, gesto przeplatanymi siatka narkotykowych i dopingowych skandali. Zaskoczony zostalem zajebiscie pozytywnie.

Emira Kusturicy, bo to on jest autorem i rezyserem, nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiac, wystarczy zatem, ze napisze, ze i tym razem wykonal swietna, profesjonalna i gleboka robote.

Jest oczywiscie futbol i sa narkotyki, bo trudno by bylo od tego uciec, autor jednak idzie sporo dalej i wiele aspektow zycia sportowca mocno mnie zaskoczylo.

Jest Maradona – socjalista, mocno zaangazowany i swiadomy politycznie, kumplujacy sie ale i dyskutujacy z Fidelem i Chavezem butownik przeciw imperializmowi amerykanskiemu i angielskiemu (to glownie pretensje Falklandy, powiedzmy, ze zrozumiale z punktu widzenia Argentynczyka). ‘Gdybym nie byl pilkarzem, bylbym rewolucjonista’ – mowi z nutka poludniowoamerykanskeigo romantycznego bojownika w glosie, wskazujac na tatuaze z podobiznami Castro i Che. Z raczej radykalnymi pogladami mozna sie oczywiscie nie zgadzac, ale zdziwienie i szacunek wywoluje fakt, jakie sa szczere.

Jest i Maradona rodzinny - maz i przede wszystkim ojciec w pelni zdajacy sobie sprawe jak wielka krzywde wyrzadzil rodzinie, swoim corkom i sobie nie potrafiac zapanowac nad kokaina. Ze szczerymi lzami w oczach wyznaje ile te dragi zabraly mu zycia i ile jego samego nie pozwolily poznac swiatu. Nie moze sobie darowac wspolnie spedzanych rodzinnych chwil, ktore zna jedynie z zapisow wideo, bo rzeczywiste wspomnienia przycmiewa, albo i zupelnie wymazuje kokainowy high.

Jest oczywiscie bohater mas, zarowno w Neapolu, gdzie osiagnal szczyt kariery klubowej (w sumie chyba jednoczesnie i dno zycia osobistego) oraz oczywiscie w Argentynie, gdzie powstal kosciol jego apostolow, La Iglesia Maradoniana, odpal pozytywny i absolutny, w sumie takiego kosciola to i ja moglbym byc czlonkiem i takiego boga wyznawca. Jest tez czlowiek, ktory od wczesnego dziecinstwa zdawal sobie sprawe ze swojego geniuszu, wiedzial po co zyje i czego dokona i, co ciakawe, w wypowiedziach w tym tonie nie ma zadnego zadecia, bufonady, czy arogancji. Sa rowniez odwiedziny miejsc, w ktorych sie wychowal i osob, ktore go ksztaltowaly.

Jest tez rzecz, ktora mnie absolutnie rozbila - Maradona spiewajacy i to calkiem przyzwoicie. Gdy w lokalnym barze karaoke wykonuje piosenke napisana na swoja czesc przez Rodrigo ‘La mano de Dios’ (polecam na youtube) powolutku porywa na scene coraz wiecej osob, w tym swoje dwie prawie dorosle corki, a wzruszona zona przyglada sie wszystkiemu z publicznosci, rowniez podspiewujac... no jest w tej chwili cos bardzo emocjonalnego, wzruszajacego, sprawiajacego, ze czlowiek popada w dziwny rodzaj melancholii, nie wiem, nie umiem pisac o takich rzczach, w kazdym razie lzy same naplynely mi do oczu.

Film nazywa sie Maradona by Kusturica i jest absolutnie obowiazkowy dla fanow futbolu, zwlaszcza tych, dla ktorych bohater jest jedynie pilkarzem – narkomanem. Ale oczywiscie nie tylko. Wielki szacunek dla Kusturicy za to, ze postanowil powalczyc ze stereotypem, z trudem najpierw jakos dotarl do Maradony, zdolal przekonac go do swoich intencji, nie bez trudu zdobyc zaufanie, sklonic do prywatnych rozmow na tematy wszelakie i pokazac oblicza, ktorych malo kto moglby sie spodziewac. Widac, ze panowie sie zakumplowali, mieli po przelamaniu pierwszych lodow sporo frajdy z pracy i mysle, ze ta przygoda im obu wyszla na dobre.

Zdecydowanie jedna z lepszych rzeczy na jakie udalo mi sie trafic w telewizji od dluzszego czasu, dwa dni pozniej kupilem sobie na dvd.

W finalowej scenie, gdy Manu Chao przy akompaniamencie gitar zaspiewal na ulicy przed Maradona napisana specjalnie dla niego piosenke ‘La vida tombola’ wzruszylem sie po raz drugi.