sobota, 30 października 2010

Obejrzalem jeszcze raz

z okazji 50 rocznicy urodzin diego. polecam nadal niezmiennie, albo jeszcze bardziej. zajebisty koles.

sobota, 17 lipca 2010

Maradona by Kustirica, rez. Emir Kusturica – dokument o czlowieku.


Maradona wedlug Kusturicy

Pierwszy mundial jaki zapadl mi w pamieci to przezywane z wypiekami na twarzy mistrzostwa goracego lata ’86 roku w Meksyku. Argentyna zachwycila wygrywajac w wielkim stylu po historycznym finale z Niemcami (wtedy jeszcze Zachodnimi). Piszac Argentyna mam jednak na mysli ikone futbolu, pilkarza doskonalego, boga boiska - oczywiscie Diego Maradone. W kazdej dyscyplinie czlowiek ma jakichs idoli, postaci uosabiajace dana dyscypline (wybory moga sie naturalnie roznic, zalezec od miejsca urodzenia, wieku itp). Koszykowka to dla mnie Michael Jordan, boks Mike Tyson (jestem zbyt mlody, by pamietac Alego), F1 Prost i Senna, lekka atletyka Carl Lewis, zapasy Andrzej Wronski ;) mozna by dalej w nieskonczonosc. Jezeli chodzi o kopana, dla mnie osobiscie niekwestionowany krol boiska jest jeden i nazywa sie wlasnie Maradona.

Wstyd sie przyznac, bo widze teraz w sieci, ze film, o ktorym chce napisac pare slow to rzecz raczej znana, ale zasiadajac przed telwizorem, bez wiedzy kto jest autorem, spodziewalem sie kolejnej godzinnej papki z kilkoma wielkimi golami, triumfem w ’86, lzami 4 lata pozniej, ogolnie tymi wszystkimi wielkimi boiskowymi momentami z reka boga i bramka stulecia na czele, gesto przeplatanymi siatka narkotykowych i dopingowych skandali. Zaskoczony zostalem zajebiscie pozytywnie.

Emira Kusturicy, bo to on jest autorem i rezyserem, nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiac, wystarczy zatem, ze napisze, ze i tym razem wykonal swietna, profesjonalna i gleboka robote.

Jest oczywiscie futbol i sa narkotyki, bo trudno by bylo od tego uciec, autor jednak idzie sporo dalej i wiele aspektow zycia sportowca mocno mnie zaskoczylo.

Jest Maradona – socjalista, mocno zaangazowany i swiadomy politycznie, kumplujacy sie ale i dyskutujacy z Fidelem i Chavezem butownik przeciw imperializmowi amerykanskiemu i angielskiemu (to glownie pretensje Falklandy, powiedzmy, ze zrozumiale z punktu widzenia Argentynczyka). ‘Gdybym nie byl pilkarzem, bylbym rewolucjonista’ – mowi z nutka poludniowoamerykanskeigo romantycznego bojownika w glosie, wskazujac na tatuaze z podobiznami Castro i Che. Z raczej radykalnymi pogladami mozna sie oczywiscie nie zgadzac, ale zdziwienie i szacunek wywoluje fakt, jakie sa szczere.

Jest i Maradona rodzinny - maz i przede wszystkim ojciec w pelni zdajacy sobie sprawe jak wielka krzywde wyrzadzil rodzinie, swoim corkom i sobie nie potrafiac zapanowac nad kokaina. Ze szczerymi lzami w oczach wyznaje ile te dragi zabraly mu zycia i ile jego samego nie pozwolily poznac swiatu. Nie moze sobie darowac wspolnie spedzanych rodzinnych chwil, ktore zna jedynie z zapisow wideo, bo rzeczywiste wspomnienia przycmiewa, albo i zupelnie wymazuje kokainowy high.

Jest oczywiscie bohater mas, zarowno w Neapolu, gdzie osiagnal szczyt kariery klubowej (w sumie chyba jednoczesnie i dno zycia osobistego) oraz oczywiscie w Argentynie, gdzie powstal kosciol jego apostolow, La Iglesia Maradoniana, odpal pozytywny i absolutny, w sumie takiego kosciola to i ja moglbym byc czlonkiem i takiego boga wyznawca. Jest tez czlowiek, ktory od wczesnego dziecinstwa zdawal sobie sprawe ze swojego geniuszu, wiedzial po co zyje i czego dokona i, co ciakawe, w wypowiedziach w tym tonie nie ma zadnego zadecia, bufonady, czy arogancji. Sa rowniez odwiedziny miejsc, w ktorych sie wychowal i osob, ktore go ksztaltowaly.

Jest tez rzecz, ktora mnie absolutnie rozbila - Maradona spiewajacy i to calkiem przyzwoicie. Gdy w lokalnym barze karaoke wykonuje piosenke napisana na swoja czesc przez Rodrigo ‘La mano de Dios’ (polecam na youtube) powolutku porywa na scene coraz wiecej osob, w tym swoje dwie prawie dorosle corki, a wzruszona zona przyglada sie wszystkiemu z publicznosci, rowniez podspiewujac... no jest w tej chwili cos bardzo emocjonalnego, wzruszajacego, sprawiajacego, ze czlowiek popada w dziwny rodzaj melancholii, nie wiem, nie umiem pisac o takich rzczach, w kazdym razie lzy same naplynely mi do oczu.

Film nazywa sie Maradona by Kusturica i jest absolutnie obowiazkowy dla fanow futbolu, zwlaszcza tych, dla ktorych bohater jest jedynie pilkarzem – narkomanem. Ale oczywiscie nie tylko. Wielki szacunek dla Kusturicy za to, ze postanowil powalczyc ze stereotypem, z trudem najpierw jakos dotarl do Maradony, zdolal przekonac go do swoich intencji, nie bez trudu zdobyc zaufanie, sklonic do prywatnych rozmow na tematy wszelakie i pokazac oblicza, ktorych malo kto moglby sie spodziewac. Widac, ze panowie sie zakumplowali, mieli po przelamaniu pierwszych lodow sporo frajdy z pracy i mysle, ze ta przygoda im obu wyszla na dobre.

Zdecydowanie jedna z lepszych rzeczy na jakie udalo mi sie trafic w telewizji od dluzszego czasu, dwa dni pozniej kupilem sobie na dvd.

W finalowej scenie, gdy Manu Chao przy akompaniamencie gitar zaspiewal na ulicy przed Maradona napisana specjalnie dla niego piosenke ‘La vida tombola’ wzruszylem sie po raz drugi.

piątek, 19 marca 2010

Susan Blackmore – Maszyna memowa


Ksiazka o ewolucji idei kupiona pod wplywem zainteresowania Dawkinsem, ktory o memach wspominal juz w ‘Samolubnym genie’, nie chcac ograniczac pojecia replikatorow wylacznie do genow. Proponuje czytac po zapoznaniu sie z Dawkinsem - autorka opiera sie na jego teorii, pisze jedynie o innym rodzaju replikatorow. Zarowno wobec memow, jak i genow mozna powiedziec, ze istnieje zmiennosc, dobor i dziedziczenie (za pomoca takiego, czy innego mechanizmu). Warunki do zaistniena ewolucji sa zatem spelnione.

Biologia znakomicie i przekonujaco wyjasnia dlaczego jestesmy w tak znacznym stopniu podobni do innych stworzen, praca Blackmore stawia sobie za cel odpowiedz na pytanie odwrotne: co sprawia, ze jestesmy tak odmienni? Ciekawie podejmuje tez problematyke jazni: czym jestesmy, gdzie jestesmy (tzn gdzie jest osrodek jazni), jak i dlaczego dzialamy, podejmujemy decyzje itp.
Wbrew ambicjom autorki nie sadze, aby ta praca dala fundament pod przyszla istotna galaz nauki, co najwyzej moze jakis poboczny prad w filozofii i to tez przy sprzyjajacych wiatrach.

Ksiazka wlasciwie nie powinna sie tu znalezc, bo nie spelnia kryterium – drugi raz czytac nie planuje. Ale jest w miare ciekawym rozwinieciem mysli Dawkinsa, ktorego lubie, wiec polecam.

Na marginesie - bardzo drazniace sa uwagi Jana Strzalki, szumnie nazwane komentarzem krytycznym. Ow komentarz ogranicza sie do kilku zaledwie jednozdaniowych wtracen w przypisach u dolu strony wytykajacych pewne drobne niescislosci, ktore nijak, albo w naprawde minimalnym stopniu wplywaja na logike wywodu. Rozumialbym artykul krytyczny w ramach poslowia na przyklad, ale tu i owdzie na sile wepchniete przytyki to zwyczajne czepialstwo, ktore najzwyczajniej w swiecie drazni.

piątek, 29 stycznia 2010

Restauracja Matii sie zepsula

Chodzi o te orientalna w Andersii. Napisze krotko i w zasadzie dla porzadku, bo widze, ze w poprzednich notkach sie nad tym miejscem za bardzo rozplywalem. No wiec nie ma juz nad czym, podaja tam sushi niewiele odbiegajace poziomem od dowolnej innej losowo wybranej poznanskiej suszarni. Nie wiem, czy to kwestia nowego personelu, zmiany dostawcy, czy czegokolwiek innego, fakt jest jednak taki, ze jakosc spadla i restauracja niczym juz sie specjalnym nie wyroznia. Wielka szkoda. Na pierwsze miejsce, mimo sztywnego klimatu, musi wrocic Sakana. Bardzo dawno tam nie bylismy, ale nadal w odmetach pamieci widze i czuje sushi wyrozniajace sie jakoscia.

Dodatkowym zawodem byla proba zamowienia z dostawa do domu – zadzwonilem ze 3 moze 4 minuty po wpol do jedenastej – ‘o tej godzinie to moze pan sobie odebrac osobiscie’ oznajmil suchy glos z sluchawki. Za chwile zadzwonilem ponownie, bo na ulotce mialem napisane, ze czynne do polnocy, pewnie stara ulotka, ale zapytalem do ktorej mozna skladac zamowienia na dowoz – ‘do wpol do jedenastej’, nosz kurwa mac, to dzwonie chwile po i pocaluj sie pan w dupe? Bardzo slabo to wyszlo, staralem sie zrozumiec, bo sam za szczeniecych lat dorabialem w cateringu i wiem jak bardzo juz sie nie chce pod koniec szychty brudzic blatow, wyciagac pochowanych skladnikow itp, slowem jak sie skutecznie zniecheca namolnego klienta i odwodzi go od zawracania dupy zmeczonemu calym dniem personelowi, ale niestety nie zrozumialem. Patrze teraz z perspektywy wymagajacego klienta skladajacego zamowienie za dwie stowy w lokalu pretendujacym do nieco innej opinii, niz wloski fastfood, w ktorym onegdaj lepilem ciasto na pizze. Duzy minus. Zna kto przyzwoity lokal w Poznaniu, ktory do jedenastej bez marudzenia przywiezie sushi? Prosze o polecenie.
Tego ostatniego wieczoru przed wyjazdem z Poznania na deske wylozylem kilka nadziewanych tunczykiem zielonych oliwek, skroilem pare kawalkow stiltona i podsuszonej polskiej kielbasy, otworzylem browara, zapuscilem eske rock, usiadlem z Monia na zajebiscie wygodnej skorzanej sofie, ktora zostala mi w mieszkaniu po poprzednich wlascicielach i pomyslalem kot cie, Matii, drapal (tylko troche wulgarniej i zamiast kota byl pies, za Hackenbushem). Zrobilo mi sie blogo.

Przy okazji kolejnych odwiedzin Poznania wybieramy sie do Sekai i Art Sushi w Starym Browarze, na ten drugi lokal szczegolnie sie ciesze i czekam, bo kilkakrotnie mijalismy go szczerze zaintrygowani, ale jakos zawsze byly juz inne plany.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Ristorante Bernardino, Poznan, sw. Marcin w budynku Alfy


To stosunkowo nowe miejsce na mapie Poznania, nigdy go wczesniej nie widzialem, a rzuca sie w oczy latwo dzieki oryginalnej fasadzie przy wejsciu. Nigdy nie slyszalem, ani nie czytalem slowa o tej restauracji, Monia zaproponowala, mysle sobie – czemu nie.

Doswiadczenie bylo o tyle ciekawe, ze napisze pare slow. Na poczatku zaznacze, ze sala byla zupelnie pusta (piatek, wczesnym popoludniem) jedyny zajety stolik zajmowala pani przerzucajaca papiery z jednej sterty na druga, w miedzyczasie klepiac na kalkulatorze. Miejsce jest eleganckie, przestronne z duzymi oknami wychodzacym na Sw. Marcin, lubie Poznan, to i podobal mi sie widok, tramspotting, pierwsze wrazenie bardzo pozytywne. Menu niezbyt rozbudowane, jezeli chodzi o wybor daleko mu do tego z Estelli, ale rowniez jest z czego wybierac.

Zamowilem tatar i poledwice zawijana w szynke parmenska z szparagami w kurkowym sosie, Monia pasztet z kaczki na cieplo i poledwice wolowa w sosie gorgonzola. Jako dodatki wzielismy ja ziemniaki gratin, Monia frytki.

Od razu napisze, zeby miec to z glowy, ze jezeli chodzi o mnie frytki i te ziemniaki z miejsca dyskwalifikuja to miejsce. Zaden szanujacy sie szef kuchni nie zaserwowalby tego swoim gosciom. Frytki zamiast usmazone byly ugotowane na miekko w cieplym zaledwie oleju, miekkie, polsurowe, nasiakniete olejem, gorszych (nie przesadzam) nie podano mi nigdzie i nigdy w zyciu, w budkach nad morzem frytki sa o niebo lepsze. Zostaly odeslane z powrotem do kuchni i Monia poprosila o zestaw warzyw. Moge sie mylic, ale warzywa sprawialy wrazenie, jakby byly dopiero co wyjete z zamrazarki i zanurzone na chwile we wrzatku. Podane bez odsaczenia wody. Zostaly w polmisku. Moje ziemniaki upieczone byly rano, albo dnia poprzedniego i odgrzane w mikrofali, w najlepszym razie w piekarniku, polowa zbyt twarda, ze spalonymi krawedziami. Ogolnie te dodatki to bylo jakies kompletne nieporozumienie i, powtorze sie, w moim przekonaniu dyskwalifikuja to miejsce poki co zupelnie, nie wyobrazam sobie wybrac sie tam z jakiejs uroczystej okazji i dostac cos rownie beznadziejnego. W sumie rzadko sie zdarza, ze serwowane w restauracji jedzenie okazuje sie niejadalne.

A szkoda, bo niektore przystawki i dania glowne byly bardzo zachecajace. Tatar niestety albo przygotowany byl wczesniej (choc tego samego dnia) i trzymany w okraglej foremce w lodowce, albo ktos postanowil zbyt mocno go w tej foremce ubic. Kapary, ogorek, cebula i zoltko swieze i smaczne. Moje danie glowne bylo co najwyzej poprawne, mieso nieco suche, kawalki szynki parmenskiej raczej na nim polozone niz owiniete wokol, kurki wydawaly mi sie zbyt kwasne, szparagi w porzadku.

Za to przystwaka i danie glowne Moniki okazaly sie rewelacyjne, jedne z lepszych rzeczy jakie kiedykolwiek jadlem w Poznaniu – swiadczy to o tym, ze Bernardina nie warto skreslac i ze miejsce i kuchnia maja potencjal, jednak skutecznie tym razem zepsuty niedopuszczalnymi niedociagnieciami.

Pasztet z kaczki na cieplo z karmelizowana czerwona cebula i swiezymi liscmi roznych salat podany z duzym kawalkiem cienkiej grzanki byl pierwszorzedny, jezeli milabym sie przyczepic na sile, to porcja byla zdecydowanie za duza, polowa wystarczylaby w zupelnosci. Bardzo ciekawa propozycja.

Poledwica w sosie z serem gorgonzola byla absulutnie swietna, wypieczona na perfekcyjne medium wedlug zyczenia i podana na smacznym szpinaku, ktory milo ja uzupelniel i sprawial, ze masakrycznie niskiej jakosci dodatki byly do niczego niepotrzebne.

Jezeli milalbym pokusic sie o ocene w skali szkolnej to pasztet i wieprzowina zaslugluja w mojej opinii na piatke, o ile nie wyzej, tu polecam zdecydowanie i na tej podstawie mialbym ochote odwiedzic to miejsce ponownie. Czesc zamowionych przez nas dan byla na przyzwoitym poziomie, ale ogolnie calosciowo doswiadczenie w Bernardino to ocena niedostateczna, pala, luj jak to mowila mlodziez za moich czasow. Tak dramatycznie niskiej jakosci jedzenie (choc niby tylko dodatki) nigdy nie powinno opuscic kuchni. Miejsce jest nowe i miejmy nadzieje, ze okrzepnie i obsluga zorientuje sie, ze cos jest mocno nie tak, skoro czesc zamowien wraca do kuchni, bo nie wyobrazam sobie, zeby ktos bez slowa zaakceptowal cos podobnego. Rachunek wyniosl ok. 160zl.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Restauracja Matii raz jeszcze i o sushi ogolnie.


Chodzimy do Matii wlasciwie za kazdym razem gdy odwiedzamy Poznan, mamy ochote na sushi, a brak ochoty na eksperymenty z nowymi miejscami. Wiec krotko, bo w sumie nie o tym chcialem. Tym razem bylo srednio. Balijska zupa z krewetkami, sambalem i kurczakiem na ostro jak zwykle zajebista, ostra jak trzeba, przyspiesza krew w zylach. Plonace krewetki w pikantnym sosie pomidorowym wlasciwie w porzadku, ale jak dla mnie zbyt dlugo podsmazane, zatem zbyt twarde i sprezyste. Monia jadla rosol, o ktorym trudno powiedziec cokolwiek wiecej, niz ze byl to rosol, a jej stek z tunczyka z zielonym pieprzem odstawal od standardow, do jakich przyzwyczailo nas to miejsce. Zbyt mocno wysmazony, mimo, ze zamowiony byl krwisty, kolor zdecydowanie za malo wyrazisty, zapewne ryba dlugo mrozona i inna niz te, uzywane do sushi. Szkoda, bo duzo dobrego slyszalem o tym daniu (probowanym co prawda w innej restauracji) a tu rozczarownanie. Niestety ani krewetki (ok 50zl), ani ten stek (ok. 70zl) w mojej opinii nie byly warte swojej ceny

Z sushi zamowilismy rolade z tunczykiem, i te jakby gunkany zawijane w plastry ryby zamiast listka nori, z zoltkiem przepiorczym i kawiorem. Zasadniczo wszystko w porzadku, nadal uwazam, ze podaja tam najlepsze sushi w Poznaniu sposrod miejsc jakie odwiedzilismy, ale jezeli chodzi o sushi to chyba zaczalem wymagac czegos wiecej. Od czasy gdy sami nauczylismy sie robic w domu, a Monia na powazniej zainteresowala sie tematem, czego efektem jest miedzy innymi strona http://www.gosushi.pl/ musze stwiedzic, ze najlepsze sushi jadam w domu. Wbrew pozorom i ogolnemu przekonaniu nie jest to wcale taka trudna sztuka. Podstawa sa swieze i wysokiej jakosci skladniki, kupujac rybe samodzielne, zawsze wiemy co potem mamy na talerzu. Odrobina fantazji i kreatywnosci polaczona z intuicja i doswiadczeniem jezeli chodzi o kompozycje smakowe czyni cuda. Samo przygotowanie ryby, rolad, gunkanow itp to w gruncie rzeczy niezbyt skomplikowane czynnosci manualne, nie dajcie sobie wmowic, ze to jakis hokus pokus – porownalbym do recznego wyrabiania ciasta na pizze – za pierwszym razem nie uda sie bankowo, ale po piecdziesiatej probie kazda nastepna uda sie znakomicie. Poza tym w domu nie jestesmy ograniczeni zadnym menu, mamy gwarancje swiezosci i jakosci skladnikow i za kazdym razem mozemy sprobowac czegos nowego, ciekawego.
Dodatkowo, sushi robione w domu jest znacznie tansze niz kupowane w restauracjach. Choc wiadomo, ze nie zawsze jest czas i ochota by sie w to bawic, bo nie da sie ukryc, ze jest to zabawa dosyc pracochlonna. Tak czy owak polecam.

niedziela, 1 listopada 2009

Opinia? Ryanair jest zajebisty.


Czesto sie wiesza na tym przewozniku psy. A to spoznienia, a to dodatkowe oplaty za bagaz, check-in itp. Sam sie unosze widzac prowizje za oplate karta naliczana nie od transakcji, ale od osoby za lot, co w naszym przypadku automatycznie podnosi cene o 20 funciorow (przelewem, jak na przyklad w wizzairze, placic nie mozna). Sposob na unikniecie prowizji jest taki, ze trzeba zalozyc sobie konto do ktorego wydaja slaba jezeli chodzi o inne zastosowania karte Visa Electron (prowizja, nie wiedziec dlaczego, wynosi zero) – czestym klientom polecam, sam skorzystalem. Lecielismy kilkadziesiat razy, spoznienie dluzsze niz godzina bylo jedno, co jak na linie budzetowa uwazam za wynik bardzo dobry.

Ale mialem nie o tym. Otoz lata sie co jakis czas, sprawdza sie zatem czesto ceny biletow i w przypadku korzystnej oferty rezerwuje sie natychmiast. Zdarzylo sie przez nieuwage, ze kupilismy dwa razy bilety na ten sam lot. Mysle sobie – kasa w bloto, ale zadzwonic nie zaszkodzi. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, pani ze sluchawki powiedzala Moni, ze pieniadze wroca na konto w ciagu tygodnia i to co ciekawe anulowana zostala pierwsza transakcja na kwote prawie dwukrotnie wyzsza niz ta druga, pomylkowa.

Nastepnego dnia przyszedl email o tresci:

Dear Mr,

Following your recent refund request for booking confirmation number S2YGSB.

We confirm that your refund request has been processed back to the form of payment used to pay for your booking. Your issuing bank will take 5-7 working days to process this refund amount back to your account.

The amount refunded to your credit/debit card is GBP97.12

Yours sincerely
Ryanair Customer Services

Po 5 dniach pieniadze byly z powrotem na koncie. Mala rzecz, a cieszy. Brawo.